Życie na Węgrzech toczy się powoli, w swoim rytmie. Spokojne miasteczka, w których wszystkie domki wyglądają tak samo, pola słoneczników i innych, wielkoformatowych upraw tego samego rodzaju, ciągnących się aż po horyzont. Ludzi w tych miasteczkach jak na lekarstwo. Nie ma kogo o coś zapytać. A kiedy już jesteśmy na kempingu, znanym nam z wcześniejszej drogi do Włoch, idziemy do recepcji. Tam jednak czeka nas niespodzianka.
Nie ma pani, która mówi po angielsku, jest za to pan, który mówi po węgiersku. Próbujemy po angielsku, nie da się. Po niemiecku – też się nie da. Tylko węgierski, prawdziwy Węgier. Są z naszej wyprawy dwie rodziny, więc sporo kosztuje nas wytłumaczeniu mu, kto jest z kim, ile dzieci do danej rodziny, bo on ciągle przekręca i rozumie zupełnie coś innego, niż m na migi tłumaczymy. Wypełniamy w końcu formularz zameldowania i udajemy się na nasze miejsca.
Kolejny dzień jest jeszcze śmieszniejszy. Mój maż i sąsiadka wybierają się do węgierskiego sklepu, żeby kupić coś niecoś na pamiątkę, a raczej do zjedzenia, może jakieś węgierskie papryczki czy coś w tym rodzaju. Ja i sąsiad zostajemy z dziećmi na kempingu. Po jakimś czasie wracają, wysiadają z samochodu i chichoczą. Więc my już bardzo zdziwieni: o co chodzi? Jakaś głupawka czy coś podobnego? Okazuje się, że sklep znaleźli, owszem, i był ot nawet supermarket, a i owszem, ale i tak nie bardzo mogli zacząć robić w nim zakupy, a problemem był koszyk, na którym było napisane: ruchcz kosiar czy coś podobnego.
Chcieli więc wziąć koszyk, i ruszyć do boju, jednak w tym momencie jakaś węgierska pani coś do nich powiedziała, a to takim tonem, jakby krzyknęła, więc byli już zdezorientowani, czy ten kosiar jest naprawdę ruchacz czy może nie wolno go ruhać, bo jest nieruchomy na stałe. Tak śmiesznie to mój mąż opowiadał, że sama dostałam głupawki, bo faktycznie, to było bardzo zabawne. Poza tym, Węgrzy tak dziwnie mówią. Może oni tak jak japończycy mówią jakby krzyczeli w czasie walki. Wszystko to zależy od intonacji, jednak taka intonacja w naszym kraju wskazuje na krzyk, więc bądź tu mądry, o co Węgrowi chodzi. Ale jedzonko ze sklepu było przedniej jakości – pyszne salami, super papryczki ze słoika, i oliwki marynowane, które mamy jeszcze w spiżarni i czaimy się, aby je zjeść.
mk
Podobne:
- Camping przy Lago di Garda Camping przy Lago di Garda Camping w tym miejscu był ostatnim naszym campingiem we Włoszech, na jakim spaliśmy podczas tej podróży. Lago di Garda to największe, i najczystsze jezioro we......
- San Gimignano San Gimignano Po zakupach na targu w Castellinie wyruszyliśmy z naszymi winogronami do San Gimignano. Dzień był oczywiście upalny, jak to we Włoszech w sierpniu. Jeśli pisałam wcześniej, że w......
- Włoski deszcz Włoski deszcz Włoski deszcz był dla mnie naprawdę cudownym doświadczeniem. Zwłaszcza że był bardzo ulewny, bardzo krótki i bardzo ciepły. Ogromny upał, rozbiliśmy namioty, aż tu nagle, z jasnego nieba,......







